wtorek, 23 sierpnia 2011

22. podróż Edwarda Tulana


Zanim się na poważnie wezmę do pisania (rozpisać, to ja już bym się mogła, tylko jeszcze wszystkich zdjęć nie zrobiłam...), wpierw spełnię swą powinność czyli ogłoszę kolejną podróż Edwarda.

Kto go śledzi, ten wie o co chodzi :-). Kto się po raz pierwszy z nim spotyka, to już tłumaczę ździebko - otóż jest to zabawa w stylu podaj dalej. Edward wędruje sobie od jakiegoś już czasu z rąk do rąk, z miasta do miasta i poznaje świat. Ostatnia (21) podróż Edwarda odbyła się do mnie i chwilowo on sobie u mnie przycupnął, ale mamy tylko chwilkę by pobyć razem, bo niebawem Edward powędruje dalej. To do kogo pojedzie tym razem zależy od wyniku losowania, które odbędzie się w następny piątek 2. września. Jeśli chcesz, aby to Twój dom był kolejnym przystankiem Edwarda, to wyraź swoją chęć udziału w zabawie zostawiając komentarz pod tym postem.
A oto konkretne zasady (do skopiowania dla kolejnego zwycięzcy):

1) Zostaw komentarz pod tym postem , tak by zdązyć przed losowaniem, które odbędzie się 02 września 2011 (piątek)
(w zabawie biorą udział tylko osoby posiadające bloga!).
2) umieścić informację o zabawie wraz z podlinkowanym zdjęciem na swoim blogu.
3) po wylosowaniu i otrzymaniu przesyłki, należy przeczytać książkę w ciągu 10 dni.
4) zorganizować u siebie następne candy (nr 23) na takich samych zasadach.
5) wpisać się do książki.
6) dodać do książki jakąś niespodziankę dla zwycięzcy.
Wszystkich chętnych serdecznie zapraszam do zabawy!!

p.s. - Proszę o udział osoby z Polski - jeśli mieszkasz za granicą i chcesz się z nami zabawić, to zapraszam, ale jeśli zgodzisz się pokryć koszty przesyłki (przykro mi, ale dla mnie są one obecnie zbyt wysokie :-/).



poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Coś dla Majki i Filipka


Już się zdążyłam kilka razy rozpisać w tym poście i tyle samo razy mi to moje rozpisywanie zjadło. Są jakieś niezwykle denerwujące zaniki prądu, które co chwilę mi wyłączają komputer - cholery od tego można dostać! Ale, że muszę w końcu ten post opublikować, to próbuję po raz enty i oby ostatni! Tym razem już się nie rozpiszę, bo Filipek i Majką mogą dłużej nie znieść tego czekania.

Bo dziś pokażę maskotki, które dla nich uszyłam, a które miałam pokazać już kilka dni temu, więc nie trudno zgadnąć, że dłużej tego odkładać nie mogę. I nawet brak prądu mi w tym nie przeszkodzi! 
Dzisiejsze zdjęcia nie są najlepsze, ale czekanie na lepsze światło już dłużej nie mogłam, więc jest jak jest - czyli kolory są trochę przekłamane, ale mam nadzieję że to co jest najważniejsze i tak jest widoczne.

A więc Filipku, oto Twój jamnik:





I Maju - to Twój kotek:




Mam nadzieję, że Wam się podobają :-)

A ja się rozpiszę w kolejnym poście, który przy sprzyjającym wietrze będzie już jutro - bo do pisania mam bardzooo dużo. 

Na razie tylko tak ekspresowo podziękuję ogromnie dla Magdy i Przemka z blogu Klucze do raju oraz dla Ani - mojej koleżanki z pracy z Torunia - baaaaardzo Wam dziękuję!!!! Ale o tym za co i dlaczego będzie opowiadał następny post :-).

Pozdrawiam wszystkich ciepło :-).


środa, 17 sierpnia 2011

Dla Zuzi


Choć u mnie remont wciąż pełną gębą, ładu i składu we wszystkim jakoś brak, nitki pochowały się przede mną tak skrzętnie, że w ogóle nie mogę sobie przypomnieć gdzie je wsadziłam, to jednak gdzieś z boku tego wszystkiego powoli pracuję i jest już najwyższy czas, by pokazać co nowego uszyłam, bo Tatuś Zuzi już się pewnie doczekać efektów mej pracy nie może :-). 

Zamęczać dziś potokiem swych słów nie będę, bom sama zamęczona jestem małym źrebaczkiem okrutnie, za to zdjęć chyba będzie dużo... 

I od razu do rzeczy przechodzę - dziś pokarzę co takiego dostanie Zuzia na swoje piąte urodzinki (a w sumie, to jeśli to zostanie zaakceptowane, to wtedy dostanie...).
Po pierwsze Anielicę Zuzę, tę oto:


Z klasycznym już u mnie guziczkiem do łatwego zawieszania na skrzydełkach:


A oto kilka jej detali:




Po drugie - w zestawie z Anielicą jest Kitty - w początkowym mym zamyśle miała ona być tylko miłym dodatkiem do anielicy, którą to miała tulić w swych ramionach, ale w końcowym efekcie wyszła pełnoprawna zabawka, bo jakoś nie miałam serca zszywać ich razem. Uznałam, że Zuzia na pewno będzie się chciała nimi pobawić oddzielnie, więc ich w sumie nie połączyłam. A oto i ona:


No i do tej różowej gromadki dochodzi osobnik, który mnie szalenie wymęczył - mały zielony kucyk. Każdy kto choć trochę szyje, ten wie, że im mniejsza forma, tym trudniej jest ją zdobić. A ten kucyk do wielkich nie należy - ma 15cm długości i około 11cm wysokości. Zabierałam się za niego długo i na różne sposoby, a skończyło się na tym, że wykonałam go w całości ręcznie, maszyny nie używając przy tym ni razu. Wykrój do niego zrobiłam sama, sugerując się kucykami Little Pony, bo Zuzia jest właśnie na ich etapie, więc inaczej być nie mogło. A najbardziej mnie irytowało to, że choć go robiłam i robiłam, to nie miałam pojęcia jaki będzie efekt końcowy. Za to teraz, choć efekt mej procy zobaczyć już mogę, to tak nim jestem zmęczona, że nie wiem, co o nim myśleć... Ale oceńcie sami:





I mogłabym na tym skończyć, ale jeszcze pomęczę Was odrobinkę zdjęciami całego radosnego stadka ;-)




No i na tym już kończę, choć właśnie przypomniałam sobie, że miałam pisać o wyróżnieniach, ale słowo honoru, ze znów nie mam na to siły, czyli znowu to odłożę na potem. 

Więc miłego wieczoru wszystkim życzę i bardzo dziękuję wszystkim za odwiedziny u mnie i za przemiłe komentarze, jakie po sobie zostawiacie!

środa, 10 sierpnia 2011

A po przerwie...


Ech! Po tych wszystkich wyjazdach i rozjazdach tak się rozleniwiłam, że z trudem zabieram się za kolejny post... Miałam go już napisać kilka dni temu i jakoś nie mogę do tego przysiąść... Pewnie dlatego, że dużo się działo i nadal się dzieje, więc zajmują mnie nieco inne sprawy... I jakoś w ogóle nie mogę przysiąść do zrobienia zdjęć, które są niezbędne do opublikowania postu. Do dziś co prawda nie mam jeszcze wszystkich zdjęć jakie mieć bym chciała, ale czas już najwyższy się zmobilizować i tu się w końcu odezwać!


A co się działo jak mnie tu nie było? Wpierw był wyjazd daleko, daleko - do Jagusi, bo były jej chrzciny, a ja zostałam poproszona o zostanie jej matką chrzestną. Więc wreszcie mogłam podarować Jagusi jej Janiołka i teraz już ją strzeże z odpowiedniej odległości :-). A na samą ceremonię wydziergałam dla Jagusi sukieneczkę. Sukieneczkę śliczną acz niepraktyczną, bo wcięcie w szyjce okazało się za malutkie i strach było Jagusię w to ubierać, co się jednak udało i maleńka dzielnie w niej wystąpiła :-). I chwała Bogu, że chrzest jest raz w życiu i nie będzie potrzeby nakładania tej sukieneczki nigdy więcej ;-). Ale jako sama pamiątka będzie piękna. Zdjęć niestety nie mam, więc się nią nie pochwalę (ale może kiedyś...?).
Przy okazji posiedziałyśmy z córą trochę u Jagusi i sobie odpoczywałyśmy w przecudownej atmosferze tamtego domu. No a ja miałam w końcu możliwość posiedzieć spokojnie z moją psiapsiółką i trochę pogadać o tym i owym. Ostatnio bardzo rzadko nam się taka możliwość zdarza, z racji na odległość jaka nas dzieli, więc tym bardziej te chwile były bezcenne :-).

W drodze powrotnej spotkałam się z Dużą Małą Mi i mogłam jej wręczyć wygrane przez nią słodkości. Spotkanie było bardzo krótkie, bo na chwilę przed moim odjazdem, za to bardzo sympatyczne :-). Mi zdążyłam już polubić dzięki jej blogowi i na żywo się nie zawiodłam :-). A cudeńka jakie od niej dostałam bardzo mnie zaskoczyły i zachwyciły. Na początek była taka oto torebeczka:


A w nim słodkości a słodkości! Były tam: cudnej urody, w ulubionych mych kolorkach, kolczyki z bransoletką (zdjęć do dziś jakoś zrobić nie mogę... :/- ale może się poprawię i uzupełnię później), filcowy zielony kociaczek, który nieopatrznie został u Babci (efekt pakowania się na pięć minut przed wyjazdem...), gdzie córcia się nim bawił, cukierasy i kawusia, no i przepiękna kocia zakładka - o ta:


No i do tego był ślicznie ubrany słoiczek pysznej papryczki, który już napoczęliśmy, więc zdjęć już nie będzie, ale wszystko można obejżeć u Mi na blogu o TU.
A ja się wciąż nie mogę nadziwić , że Mi tyle pracy włożyła w to by mi coś przygotować! No na prawdę jestem pod wrażeniem! Dziękuję Ci  Mi raz jeszcze bardzo, baardzo, baaardzo!!!

A żeby tego było mało, tuż przed moim wyjazdem przyszedł do mnie list, a w nim były piękne i bardzo precycyjnie wykonane kolczyki od Czarnej Loli, któr wygrałam u niej całkiem przypadkiem, o te właśnie:

(zdjęcie Czarnej Loli pożyczone z jej bloga)

Na żywo robią dużo większe wrażenie i są na prawdę czarujące! Lolu - wielkie dzięki!!!

No i na koniec, jak już wróciłam na swój koniec świata, to czekały na mnie trzy wyróżnienia, ale o tym dzisiaj nie mam siły pisać, bo tasiemiec by się zrobił z tego posta niesamowity, więc o tym będzie następnym razem.

A teraz już od tygodnia jesteśmy w domu i "się bawimy" w remont i budujemy miejsce, które się stanie moją pracownią :-). Roboty jest multum, plany ambitne są takie, że do końca tygodnia (czyli do końca urlopu mężowego) będę miała ładne ściany, już przynajmniej zaszpachlowane, przetarte i zagruntowane oraz panele na podłodze. Ale jak widzę ile czasu nam zostało, to zaczynam mieć wątpliwości czy zdążymy z tą robotą... Niemniej praca wre, a zrobiliśmy już i tak nie mało, więc nie jest źle :-).

A gdy nie remontujemy, czyli w między czasie, sobie szydełkuję. Robiąc sukienkę dla Jagusi przypomniałam sobie jak bardzo to lubię, a będąc u niej przejrzałam stosik gazetek z różniastymi wzorami i teraz sobie niektóre próbuję.
I tak powstały turkusowe podkładki oraz zielone:


Do nich powstała też większa serwetka:


I również zielony motyl - zawieszka (w jego tle widać fragment naszej cerkwi):


I tyle na dzisiaj - czas mi się wziąć za kończenie tynkowania!
Pozdrawiam wszystkich wakacyjnie!!!


piątek, 22 lipca 2011

Łaciata kotopoducha


Dzisiaj będzie dosyć krótka i węzłowato, a przynajmniej w mym zamyśle, bo czasu mam mało - w sumie to powinnam się pakować, tylko tak mi się nie chce, że to odwlekam jak mogę i teraz właśnie sobie usiadłam tu zamiast pakowaniem się zająć...

No, ale miało być krótko!
A więc przedstawiam Wam łaciatą kotopoduchę uszytą specjalnie dla Dużej Małej Mi. Pewnie przyszła właścicielka tej poduchy wcale się nie spodziewa, że będzie wyglądała ona właśnie tak, ale ja do dziś również nie wiedziałam co mi z mego szycia wyjdzie. Między sobą ustaliłyśmy, że użyję tego krowiego materiału (który pamiętałam nieco inaczej - myślałam, że ma więcej bieli...), a pierwowzorem miał być kocur uszyty dla mej córry. No i pierwowzorem poniekąd był, tylko sobie trochę pojechałam i ten nowy poduch w sumie w niczym owego pierwowzoru nie przypomina. A w każdym razie ja zbyt wielkiego podobieństwa nie dostrzegam...

Zdjęć dziś mało, bo mnie gonią, ale może później coś dorzucę ;-)


A tu poducha razem z Oleńką i w tle radosna twórczość mojej córki :-)


Więcej rozpisywać się nie będę tylko lecę się zająć tym czym powinnam. Wam pozostawiam do ocenienia jak ten kocur wyszedł (i nie ukrywam, że najbardziej na opinii Mi mi tym razem zależy).
A dla zainteresowanych i niewtajemniczonych - komentarze u mnie już działają i nie powinny robić żadnych figli :-)

Pozdrawiam wszystkich ciepło, dziękuję, że tu zaglądacie i ciepłe słowa po sobie zostawiacie, i leniwego weekendu wszystkim życzę!!!

niedziela, 17 lipca 2011

Kotozagłówek



Tak sobie uświadomiłam, że już dosyć dawno nic sensownego tu nie umieściłam... Sporo się u mnie ostatnio dzieje, tempo życia jakieś szybsze się stało i z tego wszystkiego nawet nie zauważyłam, że tu się niczym nie pochwaliłam w ostatnich dniach.... Ale dzisiaj - korzystając z niedzielnego rozleniwienia porannego moich domowników (którzy śpią jeszcze słodko) - się nieco poprawię :-).

Najchętniej to bym się Wam pochwaliła moimi ostatnimi dokonaniami podwórkowymi, tyle, że dokumentacji zdjęciowej nie mam... Ale w tym tygodniu dokonałam rzeczy wielkiej, bo biegając z córą (a nieraz i w większym składzie) po podwórku, tak zupełnie w między czasie i przy okazji ułożyłam w altance posadzkę kamienną! Do tej pory stała sobie przed domem altanka prosto na ziemi, a od piątku (bo w piątek mą pracę skończyłam) ma piękną kamienną podłogę, a ja dumna z siebie jestem jak paw :-). Nanosiłam się przy tym kamieni nie mało, nakopałam się w ziemi i nabrudziłam, ale teraz aż miło na efekty popatrzeć. I dzieciaki przy tym miały zabawy nie mało, bo mi dzielnie pomagały i wraz ze mną kamienie nosiły i ziemię przekopywały. A teraz mam w planach odnowić samą altankę, bo przydałoby się drewno oczyścić, a potem zabejcować i polakierować ładnie. Ale to już jest grubsza robota i pewnie z miesiąc mi to zajmie...

Natomiast co do mych szyciowych dokonań, to bez wątpienia najbardziej dumna jestem z mojego kotozagłówka. Pomysł na niego miałam już dawno i się jego szkice krzątały po różnych notatnikach, aż w końcu nadszedł dzień, że miałam go zwizualizowanego na tyle, że chciałam zobaczyć jak będzie wyglądał uszyty. I efekt końcowy bardzo miło mnie zaskoczył, bo wyszed

(Część postu mi zjadło...)

I jeszcze Wam pokażę, jak ostatnio moja mała z piłkopufy korzysta - uparła mi się, że będzie na niej spała, co wygląda przeuroczo!


Takiego przeznaczenia tej pufki nie przewidziałam, ale życie (i dzieci) potrafią zaskakiwać :-).

Pozdrawiam wszystkich ciepło i leniwej niedzieli życzę!

środa, 13 lipca 2011

Post techniczny

środa 13 lipca 2011

Zechciało mi się całkowitej zmiany wyglądu mego bloga!!!
To i mi się zmienił grrrrrr

Ale po kolei! 
A więc sądzę, że będę potrzebowała pomocy jakichś doświadczonych blogowiczek, bo ewidentnie  z moimi pomysłami sobie nie radzę!

Więc skoro tylko naszła mnie ochota na zmianę wyglądu (bo zaczęły mnie już przygnębiać ciemności u mnie panujące), to zrobiłam sobie projekt do mojego bloga, który mi sie wydał całkiem uroczy, a jego miniaturka wyglada tak:


no i chciałam go załadować i dupa.
Tzn teoretycznie jest załadowany, tylko wszystkich elementów graficznych brak, więc w niczym nie przypomina tego co sobie zaprojektowałam.
A jako, że nie mam czasu ni siły z tym walczyć, i nie umiem znaleźć odpowiedzi na nurtujące mnie pytanie, to się zgłaszam do Was z pomocą - proszę, wyjaśnijcie mi gdzie powinnam umieścić wszystkie grafiki składające się na stronę, bo ja do prawdy nie wiem!!

Za wszelką pomoc dziękuję, pozdrawiam wszystkich serdecznie i oby niebawem nastał u mnie na blogu ład i porządek :-)
.................................................................................................................................................

edit 14.07.2011:

I wyszło na to, że rozwiązanie mi się w nocy w głowie objawiła, a rano, jak jeszcze córcia słodko spała, pobiegłam szybko do kompa i sprawdziłam czy to sobie dobrze wymyśliłam. I okazało się, że całkiem nieźle :-). Trochę musiałam posiedzieć przy kodzie i ręcznie różne rzeczy pozmieniać, ale w sumie prawie się udało. Prawie, bo jeszcze będę musiała rozgryźć co jest nie tak z ikonką przy poście, ale to już niewiele i kiedyś rozgryzę i ten problem :-).


A teraz kolejne pytanie do Was - i jak Wam się podoba? Może być taki wygląd?
Moich oczekiwań tak do końca nie spełnia, ale wychodzę z założenia, że nie wszystko musi być od razu. Na razie się cieszę na tę zmianę, która jest, a później będę mogła sobie popracować nad jego udoskonaleniem :-).


Pozdrawiam wszystkich ciepło, pogodnego dnia życzę (choć zapowiadają deszcze), a ja lecę na podwórko z dzieciakami (bo dziś mam dwójkę pod swymi skrzydłami).

niedziela, 10 lipca 2011

Ola już wybrała...



A więc wszystko miało się odbyć jak na tym zdjęciu (u góry). Ola jako sierotka była już przygotowana, kubas na losy również, Wasze imiona wydrukowane - tylko czekały na pocięcie i...
I wpadłam na stronę Losowe.pl, zabawiłam się w losowanie, co miało być tak z ciekawości i sprawdzenia jak to działa i co wyjdzie, no i czy się pokryje z tym co Oleńka wylosuje. A potem takie jakieś mnie myśli napadły, że skoro losowanie już się odbyło, to może drugiego już nie urządzać? I choć tylko ja jedna o tym wiem i mogłabym się z tym nie zdradzać, to jednak skoro losowanie się odbyło, to jego wynik należy uznać za jedyne słuszne i prawdziwe... Więc kartek już nie cięłam i Ola nie losowała, ale nową właścicielkę już zna :-).

Ale zanim do wyników dojdziemy, to muszę powiedzieć, że dziękuję Wam wszystkim za zabawę!!! Z rewizytą byłam u każdej z Was (tych z blogami oczywiście), choć nie wszędzie pozostawiłam po sobie ślad, bo coś mi ostatnio bloger znów szwankuje - pojawia mi się error za erreorem i często nie mogę dodać komentarza, albo załadować zdjęcia. Bałam się, że przez to nie uda mi się dzisiejszego postu tu umieścić, ale na razie jakoś wychodzi, choć i dziś już kilka razy zobaczyłam magiczną białą stroną z czarnym napisem.

No ale do rzeczy! A więc to co mi stronka wyżej wspomniana wygenerowała wygląda tak:


Liczyłam kilka razy i po mojemu wynika, że Ola pojedzie do...
Dużej Małej Mi :-)
i jest to jedna z tych dziewczyn u której posta nie zostawiłam, więc napiszę tu, że wyglądasz mi na przesympatyczną wredotkę z charrakterem, a ja mam słabość do takich ludzi, bo nie lubię owijania w bawełnę (a Tobie, jak mam wrażenie, jest to raczej obce - zgadłam?) - MOJE GRATULACJE!!!

Pisałam, że pewnie wymyślę coś do niej (tj do Oli), ale przez ten czas niewiele mi wpadło do głowy, aż do momentu kiedy zrobiłam dżemiki. I chętnie się nimi podzieję, jako obowiązkowym słodkim akcentem :-).
Do wyboru jest albo:


który jest dosyć kwaśny, bo zbyt wiele cukru do niego nie dodawałam, albo dżemik którego skład jest jeszcze bardziej zakręcony, bo składający się z: czarnych i czerwonych porzeczek, wiśni, jagód (leśnych i kamczadzkich chyba) oraz malin - jednym słowem z całego dobra jakie pod domem rośnie (zdjęć brak, bo słoiczki czekają aż je nieco upiększę). W tym drugim przypadku cukru już nie żałowałam i jest dużo słodszy (jak dla mnie aż za mocno). 
Tak więc Duża Mała Mi - czekam na Twój adres i wybór dżemiku, a jeśli masz jakieś propozycje co byś jeszcze chciała ode mnie dostać, to pisz, a ja sprawę przemyślę :-).

I na dzisiaj tyle. Jeszcze raz dzięki za zabawę i za Wasze komentarze i miłego dnia życzę!

środa, 6 lipca 2011

Pufopiłka czy piłkopufa?


Ech - dawno mnie już tu nie było! Zaległości blogowe mam ogromne, bo ani nic ostatnio nie publikowałam, ani zielonego pojęcia nie mam co tam się u Was wszystkich dzieje. Być może powoli uda mi się to nadrobić, choć czasu na siedzenie przy komputerze nie mam zbyt wiele, więc nie wiem jak to będzie...

W tym czasie w którym mnie tu nie było, odpoczywałam sobie troszkę od domu i córki i męża, bo na chwilkę udało mi się wyjechać i znów poczuć jak młoda panna (choć tęsknić jak zwykle zaczęłam bardzo szybko).

Poza tym dwa tygodnie zajmowałam się wypychaniem pufopiłki dla córci (lub - jak kto woli piłkopufy). Szyjąc piłeczki w zabawie u Uli wpadłam na pomysł, aby zrobić taką ogromną piłkę, na której moja mała mogła by sobie posiedzieć. Samo szycie poszło szybko, bo elementy zszywałam na maszynie, ale wypychanie okazało się męką. Nie bardzo wiedziałam co wsadzić do środka, więc wsadzałam wszystko co mi pod rękę wpadło i było mięciutkie, tyle, że wcześniej cięłam to na drobne kawałeczki. Więc jest tam mój stary szlafrok (duuuużo cięcia), wysłużone ubranka po małej no i dużo, dużo gąbki pociętej w kostkę (jak na zdjęciu powyżej). I wczoraj w końcu udało mi się ją na tyle wypchać, by uznać, że już wystarczy i mogłam ją zszyć i oto piłka jest gotowa :-). A wygląda tak:



I muszę przyznać, że pomysł się okazał rewelacyjny! Córa bawi się nią świetnie - toczy ją, próbuje kopać, rzuca się na nią i się przewala, kładzie się na niej i odpoczywa. Mi i mężowi podoba się na tyle, że też takie chcemy - wczoraj jak te dzieciaki kopaliśmy nią po całym domu ciesząc się jak głupki. A mężu stwierdził, że się na niej nogi świetnie relaksują po pracy, bo położył ją sobie przy fotelu i wyciągnął na niej nogi - ponoć bardzo wygodne rozwiązanie. W ogóle wpadliśmy na pomysł, aby zrobić takich kilka, a do tego japoński stół i jeść sobie na siedząco. Ja tylko stawiam jeden warunek - tym razem mężu tnie gąbeczkę, bo ja już mam tego lekko dosyć. No i kotu też się pufka podoba, bo zrobił sobie z niej legowisko już jakiś czas temu i ciężko go czasem od niej odgonić, więc chyba wypadałoby i dla niego jedną uszyć.

No i może skończę z tym paplaniem na dzisiaj. A oto kilka ujęć pokazujących radość mej córy z nowego "mebelka". Zdjęcia w większości są poruszone, bo mała szalała w takim tempie, że aparat za nią nie nadążał.

A więc toczenie, przewracanie, wywalanie i przeskakiwanie:



I zasłużony odpoczynek:


I to by było tyle na dzisiaj. Pozdrawiam wszystkich ciepło (tak na przekór tego, że w lipcu znowu zaczęliśmy palić w piecu)!!! I dzięki za Wasze odwiedziny pomimo tego, że zniknęłam :-).

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Janioł Jagusi czyli cud narodzin



A więc dzisiejszy post (który to miał być wczorajszy) znowu będzie pełen radości i szczęścia, bo tyle cudownych rzeczy się wkoło mnie dzieje (choć nieraz setki kilometrów stąd), że nie sposób by było się nie cieszyć! W sumie to siedzę z buzią już niemal obolałą od uśmiechu - takiego szczerego, głębokiego, bijącego gdzieś ze środeczka mnie, który się ze mnie aż wylewa na zewnątrz :-).

A więc do rzeczy - po pierwsze i najważniejsze - Jagusia (ta od jamniczka) - wreszcie ujrzała nasz świat, a my możemy zobaczyć Ją :-). Urodziła się we czwartek wieczorem i od tego czasu uśmiech mi z buzi nie schodzi. Moje wrażenia w związku z tym faktem są tak niesamowite i silne!!! Jestem z dziewczyn (i jednego mężczyzny) dumna jak paw, jakby to moje dziecię było! I chodzę szczęśliwa i chcę się wszystkim chwalić, że oto moja ukochana przyjaciółka jest Mamusią, a jej ukochany Tatusiem, a ich rodzinka jest wreszcie w komplecie i wszyscy mogą się przytulić :-). Kochani - gratuluję Wam przeogromnie!!!

I niby dzieci rodzą się codziennie i nic w tym nadzwyczajnego nie ma, jednak dla mnie to jest cud ogromny, którego pojąć i ogarnąć swym rozumkiem wciąż nie mogę. No bo jak to jest, że tak niemal z niczego powstaje nowe życie - nowy Człowiek? Dla mnie to jest coś niesamowicie niesamowitego! A jeszcze cieszy tym bardziej, gdy ten cud się rodzi z prawdziwej miłości - to już jest cud podwójny!!!

No a ja, z całej tej radości, bez namysłu (ale nie bez pewnych problemów) wzięłam się za robotę nad Janiołkiem powitalnym dla nowego Człowieczka i tak oto powstała ona:




I takie oto ujęcie ukazujące nieco jej tajemnice spod sukienki:


No i skrzydełka z guziczkiem i serduszkami (tak - wiem, że mało co widać):


Wyszło prościutka i skromna, ale mam nadzieję, że będzie milutką pamiątką tego cudu narodzin, no i że będzie dzielnie się opiekowała Jagusią :-).

Po drugie (i najważniejsze) - kolejna cudowna i bardzo bliska memu sercu para (ta z kolei od anielicy Gabrysi) spodziewa się dziecka :-). O tym dowiedziałam się przedwczoraj i znów skoczyłam pod sufit z radości! Bo oto i kolejny cud się stał - cud poczęcia! Ja wiem, że to może brzmieć jakoś dziwnie gdy tak o tych cudach piszę, ale w tych tematach jakoś wciąż zachowuję dziecinną naiwność i infantylność, i nie potrafię się przestać tym wszystkim zachwycać... I Wam kochani również ogromniaście gratuluję!!! I już kombinuję jaką by tu Wam niespodziankę wyczarować...

A po trzecie (i przeurocze) - nasza kwoka od jakiegoś już czasu wysiaduje jajka i wczoraj wykluł się pierwszy pisklaczek - prześliczny, malusi, żółciutki, no uroczy!!! - a ja znów się zachwycam! Dziś jest już ich dziewięć i wszyscy cieszymy się nimi ogromnie!



Uff - to byłby koniec! Dla tych co dotrwali aż dotąd - szczere gratulacje i wielkie dzięki, że się Wam chciało to czytać!
No i wielce radosne pozdrowienia do wszystkich ślę!!!